jedno wielkie GÓWNO
Potem zaczął imprezować. Nie czepiałam się. To nie moje klimaty, ale skoro chce - śmiało. Ufałam mu, pozwalałam mu chodzić gdzie chce, kiedy chce, z kim chce. Nie bałam się, że mnie zdradzi, albo cokolwiek. Było mi przykro, gdy nie mogliśmy się zobaczyć bo gdzieś wychodził, ale przecież nie mogę mieć go na własność. Heh, na własność. Po pewnym czasie nie miałam go już w ogóle. Teoretycznie byliśmy razem ale WSZYSTKO było ważniejsze, lepsze, fajniejsze ode mnie. Jeszcze chwilę upewniał mnie, że mnie kocha, że w ogóle powinnam chodzić z nim spotykać się z tymi jego kolegami.
Ale ja od zawsze boję się ludzi. Boję się tłumów ale boję się też z tego tłumu szczególnie wybić. Lepiej mi z jedną zaufaną osobą niż w gronie nieznajomych gdzie byłabym tak czy tak piątym kołem u wozu - jak zawsze zresztą. Przy jego kumplach prędzej bym się rozpłakała ze stresu niż dobrze bawiła. Ale w małym gronie poznałam parę osób z jego towarzystwa, starałam się jakoś zachowywać i udawać, że tak, tak, lubię ich, jest super.
Ale to, że przez tych właśnie ludzi `straciłam` jego sprawiło, że znienawidziłam ich jeszcze bardziej, Wszystkich jego znajomych i nieznajomych, nie znoszę ludzi. Przestałam chcieć wychodzić gdziekolwiek. Czy do moich znajomych, czy do niego, czy do szkoły, czy do sklepu, czy naprawdę gdziekolwiek. Odizolowałam się prawie od wszystkich oprócz najbliższych, w tym jego. Zrobiłam to przez niego, przez niego znienawidziłam ich wszystkich.
I wtedy on stwierdził, że bez sensu ze mną być, skoro tylko siedzę w domu i nigdzie z nim nie wychodzę. I tyle. Zrobił mi to. Wprowadził mnie w stan, w którym nie jestem w stanie się spotkać z nikim poza nim i może kilkoma innymi osobami, po czym mnie z tym zostawił.
Życzę mu kurwa jebanego powodzenia.
+ coś, co miałam tu wrzucić pod koniec maja, ale o tym zapomniałam:
Jestem dowodem na to, że z tego nie da się uciec. Dlaczego nie mogę być dowodem na to, że można być silnym, że życie jest spoko i tak dalej? No po prostu nie mogę.
Jakiś czas temu pisałam, że wyszłam z tego, że jest dobrze, że jestem teraz pewniejsza siebie i się ogarnęłam. Gówno prawda.
Może przez parę miesięcy czułam się dobrze. Znaczy, heh, dobrze. Może trochę gorzej niż "ujdzie", ale jakoś się trzymałam, walczyłam.
A teraz znowu boję się sama siebie bo na wiadomość "jaka piękna pogoda!" w głowie mam "a może by tak zabić się w tę piękną pogodę?".
Ja pierdolę.
+ coś, co miałam tu wrzucić pod koniec maja, ale o tym zapomniałam:
Jestem dowodem na to, że z tego nie da się uciec. Dlaczego nie mogę być dowodem na to, że można być silnym, że życie jest spoko i tak dalej? No po prostu nie mogę.
Jakiś czas temu pisałam, że wyszłam z tego, że jest dobrze, że jestem teraz pewniejsza siebie i się ogarnęłam. Gówno prawda.
Może przez parę miesięcy czułam się dobrze. Znaczy, heh, dobrze. Może trochę gorzej niż "ujdzie", ale jakoś się trzymałam, walczyłam.
A teraz znowu boję się sama siebie bo na wiadomość "jaka piękna pogoda!" w głowie mam "a może by tak zabić się w tę piękną pogodę?".
Ja pierdolę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz