sobota, 24 września 2016

#21

Kurwa.
Kurwa, kurwa, kurwa.

Ja naprawdę byłam szczęśliwa. Śmiałam się, czułam się dobrze, chciało mi się żyć, wstawać z łóżka, wychodzić z domu.
I chuj to wszystko strzelił.
Boję się ludzi. Boję się odezwać. Boję się iść do szkoły. Boję się porozmawiać o tym z najbliższymi. Boję się, że wszystko stracę, ale boję się o to wszystko walczyć. Hah, 'wszystko'. Dużo tego nie zostało.

Nie mam nic.

I jestem tym zmęczona. Jestem tym po prostu kurewsko zmęczona. I nie wiem po co to wszystko.

czwartek, 8 września 2016

#20

     Nie mam pojęcia jakim cudem facet w przeciągu dwóch lat z wydawałoby się wspaniałego człowieka może stać się najgorszym chujem i to pod wpływem kumpli, alkoholu i imprez. Nie mogę tego po prostu pojąć. Nie rozumiem. Może nie chcę rozumieć.

jedno wielkie GÓWNO


     Wyciągnął mnie z tej 'depresji' czy innego gówna, nie wiem, nie znam się. Kochałam i nadal kocham go nad życie. Obiecywał mi dużo, dużo spełniał, upewniał w uczuciu i po prostu kochał.
      Potem zaczął imprezować. Nie czepiałam się. To nie moje klimaty, ale skoro chce - śmiało. Ufałam mu, pozwalałam mu chodzić gdzie chce, kiedy chce, z kim chce. Nie bałam się, że mnie zdradzi, albo cokolwiek. Było mi przykro, gdy nie mogliśmy się zobaczyć bo gdzieś wychodził, ale przecież nie mogę mieć go na własność. Heh, na własność. Po pewnym czasie nie miałam go już w ogóle. Teoretycznie byliśmy razem ale WSZYSTKO było ważniejsze, lepsze, fajniejsze ode mnie. Jeszcze chwilę upewniał mnie, że mnie kocha, że w ogóle powinnam chodzić z nim spotykać się z tymi jego kolegami.
      Ale ja od zawsze boję się ludzi. Boję się tłumów ale boję się też z tego tłumu szczególnie wybić. Lepiej mi z jedną zaufaną osobą niż w gronie nieznajomych gdzie byłabym tak czy tak piątym kołem u wozu - jak zawsze zresztą. Przy jego kumplach prędzej bym się rozpłakała ze stresu niż dobrze bawiła. Ale w małym gronie poznałam parę osób z jego towarzystwa, starałam się jakoś zachowywać i udawać, że tak, tak, lubię ich, jest super.
Ale to, że przez tych właśnie ludzi `straciłam` jego sprawiło, że znienawidziłam ich jeszcze bardziej, Wszystkich jego znajomych i nieznajomych, nie znoszę ludzi. Przestałam chcieć wychodzić gdziekolwiek. Czy do moich znajomych, czy do niego, czy do szkoły, czy do sklepu, czy naprawdę gdziekolwiek. Odizolowałam się prawie od wszystkich oprócz najbliższych, w tym jego. Zrobiłam to przez niego, przez niego znienawidziłam ich wszystkich.

      I wtedy on stwierdził, że bez sensu ze mną być, skoro tylko siedzę w domu i nigdzie z nim nie wychodzę. I tyle. Zrobił mi to. Wprowadził mnie w stan, w którym nie jestem w stanie się spotkać z nikim poza nim i może kilkoma innymi osobami, po czym mnie z tym zostawił.

Życzę mu kurwa jebanego powodzenia.






+ coś, co miałam tu wrzucić pod koniec maja, ale o tym zapomniałam:
Jestem dowodem na to, że z tego nie da się uciec. Dlaczego nie mogę być dowodem na to, że można być silnym, że życie jest spoko i tak dalej? No po prostu nie mogę.
Jakiś czas temu pisałam, że wyszłam z tego, że jest dobrze, że jestem teraz pewniejsza siebie i się ogarnęłam. Gówno prawda.
Może przez parę miesięcy czułam się dobrze. Znaczy, heh, dobrze. Może trochę gorzej niż "ujdzie", ale jakoś się trzymałam, walczyłam.
A teraz znowu boję się sama siebie bo na wiadomość "jaka piękna pogoda!" w głowie mam "a może by tak zabić się w tę piękną pogodę?".



Ja pierdolę.

poniedziałek, 27 lipca 2015

#19

Wiecie co? Wiecie, kurwa, co?
Gdy czytam tego bloga bierze mnie taka cholera, że sobie tego nie wyobrażacie.
Wyszłam z tego. Oj, wyszłam. Czuję się całkiem dobrze. Parę blizn zostało, nie mam nadgarstków jak tyłek niemowlaka, ale żyję. I bardzo się z tego powodu cieszę.
Wiecie jak czułam się w czasie zakładania tego bloga, w czasie pisania tych kilku, idiotycznych, pustych i bezwartościowych postów? Jak gówno, jak coś co nie istnieje, jak pusty karton. Byłam tylko jebanym workiem mięsa, bez niczego w środku. Uśmiechałam się sztucznie, nie wychodziłam z domu, nie cieszyłam się. Nawet nie chciałam.
Wiecie, czemu nie chciałam się nikomu tym blogiem chwalić? To miał być taki pamiętnik, którego nie zgubię, ale do którego nikt nie miał mieć dostępu. Może nie do końca. Po prostu nikt, kto mnie zna, nie powinien go czytać. Nie chciałam, by ktokolwiek wiedział, co miałam w głowie. A co miałam? Jebane myśli samobójcze? Niby dlaczego?
Gdybym mogła się wtedy zwrócić do kogoś o pomoc. Nie kurwa, nie. Dlaczego? Przez pierdoloną modę na pseudosmutne nastolatki, nie tylko w internecie - w szkole, na ulicach, wszędzie. Wiedziałam, że nikt nie potraktuje mnie poważne. Tfu. Ja nawet sama się tak nie traktowałam. Wiecie co robiłam? Wmawiałam sobie, że tylko sobie ubzdurałam jakąś kurwa depresję, że pewnie tylko jakoś mimowolnie popłynęłam z modą. Ale ja nie w internecie się chlastałam, tylko na żywo, nie miałam myśli samobójczych tylko na asku czy na blogu, tylko faktycznie. I nie chciałam od nikogo pomocy, bo wiedziałam co mnie spotka - wszyscy pomyślą, że kolejna szuka uwagi, bo tak, bo modne. PRZEZ PIERDOLONE, SMUTNE ASKI I BLOGI ZNISZCZYŁAM SOBIE 2 LATA Z ŻYCIA, KTÓRE MOGŁY BYĆ MOIMI NAJPIĘKNIEJSZYMI. Nie, te blogi mnie nie zasmucały. Bardzo mocno mnie śmieszyły, nie traktowałam ich poważnie. Ale bardzo poważnie traktowałam reakcje ludzi na osoby, które takie rzeczy wrzucały - ja zresztą miałam taką samą. Ale wiedziałam, jak potraktują mnie inne osoby - skojarzą mnie z jakimiś pseudodepresyjnymi obrazkami i wyśmieją, zamiast pomóc - ja zresztą też nie traktowałam wtedy problemów poważnie - i swoich, i czyichś.
A ja nie spałam po nocach bo płakałam i cięłam się po nogach, rękach, chciałam się zabić.


Dziękuję wam, po prostu dziękuję za to, że przez waszą durną zabawę czy nudy przez 2 lata zmagałam się z czymś, czego NIKOMU nie życzę i nie mogłam nikogo poprosić o pomoc.

sobota, 31 stycznia 2015

#18



Czuję się jak gówno. Po prostu czuję się jak gówno.

Byłam taka szczęśliwa, tak długo. A teraz znowu czuję się jak kiedyś. Nie wierzę w to.
Nie wierzę.

czwartek, 15 stycznia 2015

#17


Dajcie mi wszyscy święty spokój.



czwartek, 18 grudnia 2014

#16 On i ona

Jest on. Przystojny, zabawny, troszczy się o mnie. To mój chłopak. Wszyscy zazdroszczą mi, że go mam. Moja rodzina go lubi, a on traktuje mnie jak skarb. To ideał. Ale jest też ona. Stanowczo nie jest aż tak idealna w oczach wszystkich ludzi. Ona mnie kocha. A ja nie mogę jej tak po prostu odrzucić.

Z nim jestem już od dłuższego czasu. Moja rodzina wręcz go uwielbia, jest najlepszym co mnie w życiu spotkało. Dzięki niemu wyszłam z depresji i zagoiły mi się rany na nadgarstkach, a do tego nie pojawiają się nowe. Codziennie mi pomaga i robi dla mnie wszystko. Daje mi to o czym marzę, zawsze. I stawia moje szczęście nad swoim. Jest tą osobą z którą chcę spędzić całe moje życie. Gdybym czegoś chciała i go o to poprosiła, to zrobiłby wszystko, żeby mi to dać. Zabrałby mnie gdzie chcę. Rozmawia ze mną o wszystkim i mam pewność, że zawsze będę miała w nim poparcie. Broniłby mnie choćbym i nie miała racji. Odciąga mnie od złych nawyków, dzięki niemu jem więcej i staram się spać w nocy. No i robi świetne naleśniki. Jest zaradny i bardzo mu ufam.

A ona... cóż powiedzieć. Jest piękna. Pociąga mnie. Uwielbiam jej styl bycia, to, jak do mnie mówi. Widziałam się z nią dosłownie kilka razy, a jej oczy są tymi, które pamiętam najlepiej. Dzisiaj spojrzałam na jakieś całkiem losowe zdjęcie i pierwsze co pomyślałam to "ma usta jak ona". Tak, jej usta też dobrze pamiętam. Są świetne. Lubię jak nimi... mówi. Po prostu. Uwielbiam ją. Ale nie wierzę, że mogłoby między nami zaistnieć coś na dłużej. Często wytyka mi wady, robi mi na złość, na siłę robi wyrzuty sumienia. Wiem, też często to robię. Ale nie mogłabym z nią być.

A ona ma swoje.

Eh. Kolejnego chłopaka. Tak, kocha mnie od dłuższego czasu. To by było już... półtora roku? Owszem, gdy się poznałyśmy byłam z poprzednim chłopakiem, ale szybko się to zmieniło. A ona od tamtego czasu próbuje mnie zdobyć. 
Nie wiem czy powinnam czuć się źle. Z jednej strony czuję, że tak. Z drugiej, że nie. Nie odrzucam jej i przyznaję się do tego. Mówię jej często, że chcę być z nim i nie ma opcji, żebym zrezygnowała z niego dla niej. Ale zupełnie nie mówię jej, że jej nie chcę... bo chcę.

Nie mam siły więcej pisać.

czwartek, 28 sierpnia 2014

#15


They say it's my fault but I want her so much...